Mamy dla Ciebie prezent!
Odkryj kolekcję ekskluzywnych dzieł artystycznych i stań się właścicielem jednego z nich.
12h46 CET
27/12/2025
W styczniu Szewczyk rozstał się z AZS UMCS Lublin, gdzie spędził, z przerwą na pracę w Wiśle Kraków, prawie dekadę i sięgnął po mistrzostwo (2023) oraz wicemistrzostwo Polski (2022). Pod koniec czerwca związał się kontraktem z triumfatorem belgijskiej ekstraklasy - Castors Braine.
Poprzedni trener tego zespołu, Francuz Frederic Dusart, wybrał lukratywną propozycję z ligi chińskiej.
- Na rynku pojawiła się oferta, w Castors Braine szukali trenera o określonym doświadczeniu, także w europejskich pucharach, a ja te wymogi spełniałem. W Krakowie i w Lublinie rywalizowaliśmy na międzynarodowej arenie z niezłym efektem. Złożyłem aplikację, przebrnąłem przez sito kwalifikacji i z grona kandydatów zostałem wybrany – przypomniał Szewczyk.
48-letni szkoleniowiec nie ukrywa, że jego marzeniem zawsze była praca za granicą.
– Cieszę się, że mogłem podjąć takie wyzwanie. Podpisałem kontrakt na rok, na razie obie strony są zadowolone ze współpracy i zaczęliśmy z prezesem wstępne rozmowy o przedłużeniu umowy – dodał.
Szewczyk bardzo sobie chwali nie tylko pracę, ale również życie w Braine-l’Alleud. To miasteczko jest „sypialnią” Brukseli; graniczy ze znanym Waterloo i leży 20 kilometrów od stolicy Belgii. Funkcjonuje się tam spokojnie, a czas płynie trochę wolniej niż w Polsce.
- Nie ma też presji i przyjemniej się pracuje, bo w Belgii bardziej bawią się koszykówką. Oczywiście, każdy chce wygrywać, nad złymi rzeczami nie przechodzi się do porządku dziennego, jednak do wszystkiego podchodzi się ze zrozumieniem. W dodatku, w przeciwieństwie do Polski, odległości pomiędzy miastami są mniejsze. Najdalsza podróż zajmuje godzinę i 15 minut, nie ma wyjazdów dzień przed spotkaniem – zauważył.
Podkreślił, że w Belgii duży nacisk kładzie się na kontakt z kibicami i dziećmi.
- Nasza miejscowość jest mała, ale wszyscy żyją drużyną i meczami. Fani są praktycznie wszędzie, w hali jest świetna atmosfera, na najważniejsze spotkania przychodzi po tysiąc osób – poinformował.
W ekstraklasie obrończynie tytułu wygrywają z reguły bardzo wysoko, a w 12 meczach poniosły jedną porażkę – uległy u siebie 67:68 zespołowi z Mechelen, który również występuje w Pucharze Europy.
- Drużyny mają świadomość, że pewna hierarchia jest ustalona. Cztery czołowe lokaty są z góry zarezerwowane, bo te zespoły wyraźnie przewyższają pozostałe. Reszta nie nastawia się na wynik, raczej koncentruje się na szkoleniu. Priorytetem jest rozwijanie młodych rodzimych zawodniczek. My również mamy bardzo młody zespół. Tylko cztery dziewczyny liczą więcej niż 24 lata, nie brakuje nastolatek. Jest także jedna mistrzyni Europy Marie Vervaet, która ma 25 lat – tłumaczył.
W belgijskiej ekstraklasie są zespoły, które nie mają w składzie żadnej zagranicznej koszykarki. Belgijki grają jednak nie dlatego, że muszą, ale ze względu na umiejętności. W każdej drużynie jest kilka perspektywicznych koszykarek.
- Treningi z nimi to wielka przyjemność, bo cechuje je duża etyka pracy. Widać też, które dziewczyny pochodzą z jakiego regionu. Te, które wywodzą się z Flandrii, czyli z północnej części kraju, są jak Niemki, tj. wyważone, ukierunkowane na pracę, itp. Z kolei Braine leży w Walonii, to część francuskojęzyczna, gdzie jest więcej fantazji i polotu - ocenił.
Belgijki dwa razy wywalczyły mistrzostwo Europy. W tym roku oraz dwa lata temu okazały się w finale lepsze od Hiszpanek.
- Na pewno mają bardzo dobrą generację, na czele z Emmą Meesseman, Julie Allemand i Kyarą Linskens. Co prawda to raczej już schyłek tego pokolenia, jednak o przyszłość Belgowie mogą być spokojni. W tym kraju jest wiele talentów, dziewczyny są bardzo pracowite. Trenują nie dlatego, że ktoś im każe, tylko dlatego, że chcą. Warto przychodzić na zajęcia indywidualne i się dla nich poświęcać, bo widać, że korzystają z każdej okazji, aby czegoś się nauczyć – skomentował.
Szewczyk jest zdania, że o ile reprezentacja Belgii zdecydowanie przewyższa biało-czerwone, o tyle siła kobiecej ekstraklasy wypada na korzyść Polski.
- Budżety czołowych polskich klubów są wyższe, nie ulega wątpliwości, że nasza jest liga jest silniejsza. Gdyby Castors grał w Polsce, to naszym celem byłby awans do „czwórki”, o mistrzostwo kraju byłoby bardzo ciężko. Nie można się sugerować, że w 1/16 finału Pucharu Europy wyeliminowaliśmy aktualne mistrzynie Polski, bowiem VBW Gdynia ma swoje problemy i to my byliśmy w tej konfrontacji faworytem – zaznaczył.
Polskiego szkoleniowca czeka w połowie stycznia podróż sentymentalna, bowiem w 1/8 finału PE jego drużyna zmierzy się z lubliniankami.
- Chcemy oczywiście wygrać, ale wiemy, że nie będzie to łatwe. Nasz młody zespół nigdy się jednak nie poddaje i postaramy się sprawić niespodziankę. Lublin, Gorzów Wlkp. i Wrocław to drużyny prezentujące zbliżony poziom. Faworytem będą rywalki, ale pojedziemy bez kompleksów, tym bardziej że wychodząc z grupy, która nie była łatwa, wykonaliśmy plan. To było nasze podstawowe założenie, zatem już zrealizowaliśmy je z nawiązką – wskazał.
W ostatnich latach polscy szkoleniowcy sporadycznie znajdują zatrudnienie w zagranicznych klubach. W męskim baskecie epizod zaliczył Wojciech Kamiński, większą markę wyrobili sobie trener kadry Igor Milicic oraz Przemysław Frasunkiewicz.
W koszykówce kobiet od sierpnia 2014 do kwietnia 2015 roku w Fenerbahce Stambuł pracował Jacek Winnicki. Teraz rodzynkiem pozostaje Szewczyk, który przekonuje, że na taki stan rzeczy może rzutować aktualna siła polskiej reprezentacji. Od wielu lat nie odgrywa ona większej roli, bo nie potrafi zakwalifikować się do mistrzostw Europy.
- Ostatni raz rywalizowaliśmy przecież w tym turnieju w 2015 roku. Szkoleniowcy, którzy wywodzą się z krajów regularnie biorących udział w najważniejszych imprezach, są pierwsi w kolejce. Uważam jednak, że czołowi polscy trenerzy, jak Karol Kowalewski czy Arkadiusz Rusin, naprawdę nie mają się czego wstydzić. Jestem przekonany, że ze swoim warsztatem bez problemów poradziliby sobie za granicą – podsumował.
Marcin Domański (PAP)
md/ pp/